17 lipca 2018

Normalni inaczej – Tammy Robinson

Opowieść o miłości, nadziei i marzeniach. O poświęceniu, bólu i śmierci. Dla każdego, kto pokochał "Gwiazd naszych wina" i "Zanim się pojawiłeś".

Jeśli nie złamie ci serca, to nie miłość…

Życie Maddy jest do bólu uporządkowane i przewidywalne. Musi takie być, aby jej autystyczna siostra mogła w miarę normalnie funkcjonować. Jako pełnoetatowa opiekunka Bee Maddy nie ma czasu na komplikacje takie jak przyjaciele, nie mówiąc już o chłopaku. Więc kiedy poznaje Alberta, ostatnią rzeczą, o jakiej myśli, jest zakochiwanie się. Jednak nawet Maddy nie nad wszystkim ma kontrolę. Albert pogodził się, że zawsze był i będzie wielkim rozczarowaniem swojego ojca, i marzy tylko o tym, by wyrwać się z domu. Kiedy poznaje Maddy, dowiaduje się, jak to jest być częścią kochającej się rodziny i jak ogromne ofiary ludzie potrafią ponieść dla tych, których kochają. Ale czy Maddy i Albert są gotowi ponieść takie ofiary dla siebie? //lubimyczytac.pl

Każdy z nas wie, że nie ma rodziny idealnej – a jeśli już taka się z pozorów wydaje, tak naprawdę taka nie jest. Wszędzie znajdzie się jakaś dysfunkcja – mniejsza lub większa. Albert i Maddy wraz z ich krewnymi są książkowym przykładem takich sytuacji. Chłopak zmagający się z zaborczością ojca i dziewczyna będąca opoką dla matki jak i chorej na autyzm oraz niepełnosprawnej siostry – taką parę tworzą. Można pokusić się o stwierdzenie, że jest to dwójka nieszczęśliwych młodych ludzi, których omijają uroki właśnie tej młodości na rzecz tego, iż nie mieli innego wyjścia jak wydorośleć w błyskawicznym tempie.

Na początku powieści poznajemy codzienność bohaterów, nic nie zapowiada tego, co wydarzy się później. Klimat jest przeciętny – taka prosta młodzieżówka, czego można się spodziewać więcej. A jednak, takie myślenie zmienia się wraz z kolejnymi przewracanymi stronami i zdarzeniami, jakie na nich się pojawiają. Prostota języka pozostaje cały czas (doceniam pracę tłumaczki!), co tylko potęguje emocje wywołane późniejszą akcją. Nie wiem, jak mam ubrać w słowa to wszystko, czego doświadczyłam dzięki tej książce, ale nie łudźcie się – nie znajdziecie tutaj nie wiadomo jakich uniesień, bo nie o to chodzi. Ta historia wbrew pozorom nie jest do końca łatwa do zaakceptowania – w trakcie lektury parę razy miałam ochotę zamknąć książkę i powiedzieć stanowcze „nie” temu, jak los pogrywał sobie z bohaterami, ale równocześnie wiedziałam, że nie mogłabym zrobić wiele, aby im pomóc.

Większość osób, które poznajemy, nie rozumie, czym jest autyzm. A ludzie przeważnie boją się nieznanego. Istnieją różne poziomy funkcjonalności, ale trudno pojąć każdy z nich, jeśli nie mieszka się z osobą autystyczną. Tacy ludzie różnią się od siebie tak samo jak ty i ja.

Tytuł ten pokazuje realia życia z osobą, która wymaga całodobowej opieki, ale także poświęcenia jej praktycznie całej swojej uwagi, przez co trzeba zrezygnować ze swoich marzeń czy pragnień. Nie jest to łatwe dla bohaterki, lecz wie, że dla ukochanej siostry jest w stanie zrobić wszystko. Dzięki ukazaniu przez autorkę takiej rzeczywistości wielu ma szansę dostrzec, że w życiu może być coś bardziej zobowiązującego i wymagającego odpowiedzialności oraz cierpliwości.

Ktoś polecał „Normalnych inaczej” miłośnikom „Gwiazd naszych wina” oraz „Zanim się pojawiłeś” i o ile nie znam tej drugiej książki, tak powieść Johna Greena już tak i mogę śmiało powiedzieć, że w pewnych kwestiach może i poruszają podobne tematy, ale osobiście nie porównywałabym ich ze sobą. Są to jednak dwie opowieści, które nie różnią się od siebie tylko rodzajem choroby. Mogłabym rzec, iż mają więcej różnic niż tego, co je łączy (ale obie są warte polecenia!).

Podsumowując, Tammy Robinson napisała świetną powieść, która porusza, a nawet dotyka duszy – emocje gwarantowane! Mam nadzieję, że kiedy sięgniecie po „Normalnych inaczej”, doświadczycie tego co ja i również się zachwycicie tą prostotą, ale jakże pełną wartości i miłości do bliźniego.

„Normalni inaczej” Tammy Robinson, Wydawnictwo IUVI 2018, str. 336
UDOSTĘPNIJ TEN POST

11 lipca 2018

Poświęcenie – Adriana Locke

Moje życie zmieniło się na zawsze, kiedy zmarł mój mąż.
Zostało mi tylko zmiażdżone serce, sterta rachunków i nasza córka, Everleigh. Nie chcę polegać na nikim, a już zwłaszcza nie na Crew Gentrym. Był moją pierwszą miłością i facetem, który prawie mnie zniszczył. Człowiekiem, który zawodził zawsze, gdy go potrzebowałam. Ale kiedy tragedia uderza po raz drugi, Crew może okazać się moją jedyną nadzieją 

Moje życie zmieniło się na zawsze, kiedy zmarł mój brat. Zostało mi tylko poczucie winy, sterta błędów i niewiele więcej. Opiekuję się Julią Gentry, wdową po moim bracie oraz ich córką. Wiem, że nie chce mojej pomocy, ale i tak ją dostaje. Jestem jej to winien. 

Kiedy nadchodzi kolejna katastrofa, staję przed szansą, by wszystko naprawić. Muszę to zrobić! I dla tej sprawy jestem gotów POŚWIĘCIĆ wszystko. //lubimyczytac.pl

„Poświęcenie” Adriany Locke ma być „historią, która połamie Twoje serce na milion kawałków” – jak głosi hasło widniejące na tylnej okładce, ale czy tak naprawdę jest? Muszę przyznać, że to, co zgotował Julii, Everleigh i Crew los, z pewnością wywołało we mnie emocje – prawie czułam w sobie żal matki, tęsknotę za mężem, ojcem i bratem, a również ciężar wszystkich trudności, których z każdym dniem było coraz więcej.

Owszem, jest to powieść o stracie, tęsknocie i bólu, ale także i o tym, że wszystko da się przezwyciężyć. Siłę niezbędną do takiego czynu czerpać trzeba z miłości, którą jesteśmy otaczani przez najbliższych i z małych, codziennych rzeczy, drobnostek, czyniących dzień lepszym. Chcę, byście wiedzieli, iż nie jest to ujęte językiem wybitnym, ale najzwyklejszym, prostym, który być może bardziej trafia do przeciętnego Czytelnika, ponieważ nie ma owijania w bawełnę.

Bohaterów możemy poznać dzięki temu, iż zarówno Julia jak i Crew mają swoje prawo do głosu – to z ich perspektyw prowadzona jest narracja. Obie się różnią – analogicznie do bohaterów, ponieważ Jules to cierpiąca młoda matka, która w właściwy dla siebie sposób przeżywa jeszcze stratę swojego ukochanego męża, co, swoją drogą, może Czytelnika w pewnym momencie zacząć irytować – bo ileż można chować urazę do jednego człowieka? Unikać, milczeć, jawnie okazywać swoją (fałszywą lub nie) pogardę? Jeśli ktoś zacząłby się zastanawiać, czy tak naprawdę możliwa jest taka szybka zmiana poglądów czy zdania na temat drugiej osoby, rozpoczęłoby się szukanie zgrzytów w powieści. Zrezygnowałam z takich zadań i zamiast tego po prostu dałam się wciągnąć w wir wydarzeń, które przedstawiła Adriana Locke.

Crew Gentry uważany może być za kolejnego książkowego męża, jednak mną aż tak nie wstrząsnął. Jasne – samiec alfa, który dla swoich ukochanych jest w stanie zrobić, poświęcić wszystko – ogólnie super, ale nie dla mnie w tym wydaniu. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest tak, że podpadł mi i całkowicie w moich oczach stracił, ale to po prostu nie typ w moim guście, brak tutaj drugiego dna.

Muszę przyznać, że wydanie jest świetne – okładka jest gładziutka i aż miła w dotyku, a oprawa graficzna nieprzesadzona i miła dla oka, czym nie mogą pochwalić się wszystkie książki tego gatunku.

Jak wspomniałam, nie jest to pozycja z wyższej półki, ale dla fanów romansu i literatury obyczajowej z pewnością będzie to jakieś przeżycie. Nie mogę zagwarantować wszystkim świetnej lektury, jednak warto spróbować swoich sił i dać szansę – może akurat coś Was porwie i wzruszy?

„Poświęcenie” Adriana Locke, Wydawnictwo Szósty Zmysł 2018, str. 446
UDOSTĘPNIJ TEN POST

8 lipca 2018

Salon odrzuconych – Serena Burdick

Paryż, belle époque. Mimo wojny francusko-pruskiej zamożna rodzina Savaray decyduje się nie wyjeżdżać z miasta. Jej życie chwilowo toczy się w murach przepastnego domu, który jest świadkiem wzajemnej niechęci jego mieszkańców i niekończących się sporów. Małżeństwo Auguste’a i Colette dawno się rozpadło, kobieta szuka więc pociechy w ramionach kolejnych kochanków. Ich osiemnastoletnia córka Aimée marzy skrycie, że Henri, którego rodzice dziewczyny przygarnęli, gdy był jeszcze dzieckiem, obdarzy ją uczuciem.

Kiedy Henri znika w tajemniczych okolicznościach, życie rodziny komplikuje się jeszcze bardziej. Zrozpaczona i przygnieciona stratą Aimée, próbując zapełnić pustkę, wkracza w zdominowany przez mężczyzn świat sztuki. Wkrótce wikła się w znajomość z impresjonistą Édouardem Manetem i przypadkowo natrafia na obraz Henriego, dzięki czemu udaje jej się odnaleźć ukochanego. Spotkanie młodych doprowadza do ujawnienia skrywanego przez lata sekretu… //lubimyczytac.pl

Gdyby nie fakt, że „Salon odrzuconych” znalazł się u mnie w formie prezentu, prawdopodobnie nie miałabym go na swojej półce ani nie sięgnęłabym po tę książkę, ponieważ nawet w okolicy jej polskiej premiery nie słyszałam o niej i nie widziałam w żadnych zapowiedziach, a teraz najzwyczajniej w świecie pewnie przeszłabym koło niej obojętnie.

Początkowo może się zdawać, iż historia opisana na kartach tej powieści trwać będzie jakieś kilka dni czy tygodni, jednak nic bardziej mylnego – przedstawione losy rodziny Savarayów, mimo iż akcja rozgrywa się w latach 1870-1878, sięgają głębiej, niekiedy do dzieciństwa bohaterów i ukazują długo skrywane rodzinne sekrety i niedopowiedzenia.

Rozpoczynając lekturę „Salonu odrzuconych” czułam się trochę zagubiona pośród tych wszystkich wydarzeń – wspomnień Aimée i Henriego, którymi przeplatane były ich „teraźniejsze” rozmyślania. Mimo to szybko zaadaptowałam się w XIX-wiecznej Francji i pośród zamożnej rodziny Savarayów dzięki dobremu tłumaczeniu, które nie przytłaczało w żaden sposób Czytelnika ani nie pozwalało odciągnąć się od lektury. W tym miejscu wspomnę również o okładce – może i nie przyciąga od razu wzroku i nie wprawia w zachwyt, jednak jej faktura, to, jaka jest w dotyku, wręcz przeciwnie – sprawia, że aż chce się mieć ją w swoich rękach! To uczucie wynagradza wygląd książki z przodu, którego nie musimy i tak oglądać w trakcie czytania.

Coś, co spodobało mi się w tym debiucie Sereny Burdick, może być tym, co urzeknie i Was – autorka pokazuje niejeden przykład tego, iż czas ostudza zapał, ale i w pewnym stopniu leczy rany, pozwala dojrzeć i w pełni zrozumieć ważne rzeczy, które pierwotnie nie miały wielkiego znaczenia. Decyzje podjęte pochopnie jak i pod czyjąś presją niejednokrotnie potrafią zmienić bieg życia, ale czy jego sens również ulegnie zmianie? Widoczne są również konsekwencje czynów, jakich podejmują się bohaterowie pod wpływem emocji; nazwać je można błędami życiowymi, które popełniają nie tylko najmłodsi – Aimée i Henri, ale i ci starsi, którzy powinni wyciągnąć wnioski ze swoich wcześniejszych przeżyć. Przekonajcie się jednak, jak wiele trzeba uczynić, by utrzymać dobre imię swojej rodziny wśród ludzi.

Zdarzały się sytuacje, kiedy naprawdę miałam ochotę popukać się w czoło w odpowiedzi na to, co wyprawiali bohaterowie, ponieważ na własne życzenie komplikowali sobie życie, ale, jak wspomniałam wyżej, mierzyli się z późniejszymi konsekwencjami, przyjmowali swój los takim, jaki był. Początkowa naiwność Aimée została zastąpiona siłą, dzięki której mogła przetrwać późniejsze wydarzenia; jej matka, Colette, nie była osobą, którą mogłabym polubić, ale jako bohaterka powieści miała rację bytu. Myślałam, że Henri zostanie moją ulubioną postacią przez to, jak ciągle ze sobą walczył, uciekał i upadał, w czym pomagała mu czysta ludzka natura, ale i miał siłę postąpić właściwie i podnieść się. Pobiła go madame Savaray – najstarsza, ale i zarazem najsilniejsza kobieta w „Salonie odrzuconych”. Mimo swojej surowości i etykiety to ona była w stanie najlepiej zrozumieć, pocieszyć i pomóc w trudnej chwili i dzięki temu zasłużyła na to, by najcieplej o niej myśleć.


Mała rada dla Was: bezpośrednio przed rozpoczęciem lektury nie zagłębiajcie się w treść opisu umieszczonego z tyłu (w poście na samej górze), ponieważ wtedy na początku powieści możecie się trochę nudzić, bo będziecie znać niektóre fakty. To nie jest coś, co dobrze wpływa na odbiór książki i sama trzymam się tego – nie czytam opisów, chyba że po prostu wybieram coś w trakcie kupna. Do czasu aż po to sięgnę, zdążę zapomnieć, co dokładnie było tam zawarte.


Koniec końców, cieszę się, że „Salon odrzuconych” trafił w moje ręce, ponieważ dzięki temu teraz mogę Wam polecić tę powieść o rodzinie Savarayów, miłości, przebaczeniu i tym, jaki wpływ na to wszystko miał zaczątek impresjonizmu (wspomnę tylko w tym temacie o tym, iż autorka umieściła w książce postać Édouarda Maneta).

„Salon odrzuconych” Serena Burdick, Wydawnictwo Sonia Draga 2017, str. 352
UDOSTĘPNIJ TEN POST

5 lipca 2018

Podsumowanie półroczne

Podsumowania kontynuuję w wersji półrocznej, tym razem przez ostatnie sześć miesięcy udało mi się przeczytać taką samą ilość książek, co w ostatniej odsłonie zeszłorocznego bilansu – dwadzieścia dwie pozycje.
Rok rozpoczęłam z „Buntowniczką z pustyni” Alwyn Hamilton, która swoją drogą zrobiła furorę na polskim rynku, ale i w mojej głowie, ponieważ bardzo przypadła mi do gustu i nie mogę doczekać się, aż sięgnę po kontynuację! „Naznaczona” za to była tym tomem w serii „Inni” Anne Bishop, który zalicza lekki spadek formy przez to, iż w pewnych momentach wydawało się, jakby akcja w ogóle nie ruszała do przodu, tkwiła tylko nieprzerwanie w miejscu. „Niebezpieczne kłamstwa” Becci Fitzpatrick była moją pierwszą książką tej znanej z serii „Szeptem” autorki i dzięki temu, iż nie miałam wielkich oczekiwań, lektura ta okazała się dla mnie przyjemna, wciągająca, chociaż może nie do końca szalenie porywająca. Z całkiem innej beczki, bo z epoki romantyzmu, widnieje w tym zestawieniu „Pan Tadeusz” Adama Mickiewicza, którego męczyłam, by wymęczyć i zorientować się, że całkiem on mi się spodobał! Pozycja ta reprezentuje także inne lektury przeczytane przeze mnie jeszcze w trakcie tych miesięcy, a mianowicie: „Kordiana” Juliusza Słowackiego oraz nieszczęsną „Lalkę” Bolesława Prusa. Kolejno pojawiła się niezobowiązująca powieść – „Cud na Piątej Alei” Sarah Morgan, a po niej powróciłam znowu do świata „Innych”, czyli do ostatniego już tomu w cyklu, czyli „Zapisane w kartach” – tekst o całości już przygotowany, więc więcej wkrótce. Nadrobiłam sobie jeszcze serię „Blask Corredo” Agnieszki Grzelak, czyli „Tajemnice Skyle” (część czwarta) oraz „Szkoła LaOry” (tom piąty – ostatni; dzięki Wydawnictwu „W drodze”). Na Instagramie i Facebook'u polecałam ten cykl niejednokrotnie, jednak tutaj jeszcze raz podkreślę, iż jest to tak pięknie, ciepło i oryginalnie napisane, że zachwyci się i młody, i dorosły! Pomiędzy jedną a drugą częścią przez moje ręce przewinęła się kontynuacja „Żyj szybko, kochaj głęboko”, czyli „Tylko ty mnie zrozumiesz” Samanthy Young. „Mów do mnie” Sonii Belasco nie było już zwykłym przerywnikiem, ukazywało etapy przejścia przez żałobę i proces, jakiemu poddali się główni bohaterowie.

Można rzec, że istną perełką z widocznych powyżej książek jest „Pierwszy Róg” Richarda Schwartza, który stanowi wstęp do dłuższej historii, o której mam nadzieję usłyszeć już niedługo! „Tango” Mrożka widnieje tutaj z dwóch powodów: przeczytana lektura szkolna, ale jakże niespodziewanie dobra! Powróciłam na chwilę do twórczości C. C. Hunter, jednak „Odrodzona” szału nie wywołała, było przeciętnie. Z poradnikiem „Nie porzucaj marzeń” spędziłam wiele budujących chwil, a „Pucked” stało się dla mnie niczym kubeł zimnej wody, który trochę odsunął ode mnie przyjemność płynącą z czytania. Na nowo przywróciła mi ją „Czerwona królowa”, po której nie spodziewałam się wiele, bo wszyscy albo polecali, albo nienawidzili – na szczęście znalazłam się w tej pierwszej grupie. „Flirt roku” wraz z „Parą idealną” Jennifer Echols to takie lekturki „na raz”, a „Mała baletnica” Wiktora Mroka mimo kontrowersyjnego tematu okazała się świetną lekturą, chociaż grubiutką! Na koniec początek serii, która mnie zachwyciła: „Ostatni Namsara” Kristen Ciccarelli!

Ponadto na blogu ukazał się tekst o Bullet Book'u, polecajka z filmami – Odkrywaj, poznawaj na nowo! oraz post rocznicowy (tym razem 4 lata Oxu!). O ilości książek, jaka przybyła mi w biblioteczce, nie chcę nawet wspominać, ponieważ ciągle się mnożą, a czasu więcej jedynie teraz, w wakacje.

Właśnie tak upłynęło moje książkowe pół roku, a Wasze?
UDOSTĘPNIJ TEN POST

30 czerwca 2018

Ostatni Namsara – Kristen Ciccarelli

Instagram
Na początku był Namsara – zrodzony z nieba i ducha – który wszędzie, gdzie się pojawił, przynosił miłość i śmiech. Lecz gdzie jest światło, tam musi być ciemność. Dlatego była też Iskari – zrodzona z krwi i blasku księżyca. Niszczycielka. Przynosząca śmierć.

Oto legendy, na których wychowała się Asha, córka króla Firgaardu. Opowiadano je szeptem, a ona słuchała z zapartym tchem, zafascynowana zakazanymi bohaterami z przeszłości. Jednak dopiero kiedy sama stała się najbardziej zaciekłym, budzącym postrach pogromcą smoków, przyjęła rolę następnej iskari – samotny los, który sprawił, że Asha czuła się jak broń w cudzych rękach, a nie dziewczyna.

Asha walczy ze smokami i przynosi ich głowy królowi, lecz żadne z tych trofeów nie jest w stanie jej uwolnić od więzów obowiązku: ślubu z okrutnym komendantem, człowiekiem, który zna prawdę o jej naturze. Gdy Asha dostaje szansę uwolnienia się w zamian za zabicie najpotężniejszego smoka w Firgaardzie, odkrywa, że stare opowieści mają w sobie więcej prawdy, niż mogła się spodziewać. Z pomocą przyjaciela – niewolnika służącego jej narzeczonemu – Asha musi zrzucić z siebie pancerz iskari i otworzyć serce na miłość, światło i prawdę, którą przed nią zawsze ukrywano. //lubimyczytac.pl

„Ostatni Namsara” zawiera w sobie nutkę tajemniczości, która nie pozwala choćby na chwilę oderwać się od historii – smocze opowieści magnetyzują, sprawiają, że aż chce się brnąć dalej. Już sam fakt, iż fabuła nawiązuje do fantastycznych stworzeń, jakimi są smoki, brzmiał dla mnie optymistycznie, ponieważ nie znam wielu książek zawierających wspomniany wątek (również tak dobrze wykorzystany).

Pomimo faktu, że pierwszy tom „Iskari” skierowany jest w stronę młodzieży, myślę, iż nawet ktoś dorosły spokojnie może czerpać przyjemność z lektury, a nawet bardzo prawdopodobne jest to, że zostanie oczarowany światem, w którym musi zapanować niegdyś już zachwiana równowaga. Ponadto młodzi na kartach tej powieści odnaleźć mogą walkę dobra ze złem (chociaż może niewidoczną na pierwszy rzut oka), znaczenie miłości i tego, iż nie zawsze pozory oddają rzeczywistość, a to, w co wierzyłeś, zbudowane zostało na kłamstwach – o czym niestety przekonuje się główna bohaterka, Asha.

Cieszy mnie decyzja wydawnictwa, by zostawić oryginalny wygląd okładki, który na żywo naprawdę cieszy oko. Jeszcze lepszą wiadomością jednak okazuje się to, iż treść, jak można wywnioskować po moich słowach powyżej, nie odstaje od oprawy – również zachwyca. Język, jakim została przetłumaczona książka, przywodzi mi na myśl klimat legend, opowieści i bajań, za co wielki plus, ponieważ zdecydowanie przyciąga to Czytelnika.

Kolejną zaletą omawianej powieści jest pojawienie się mocnej relacji pomiędzy bohaterami, ale nie przyćmiewającej całej fabuły, tylko delikatnie ją wzmacniającej. Na jej podstawie budowane są kolejne więzi, a także przełamywane lody, co w zgrabny sposób pozwala Czytelnikowi zorientować się w sytuacji. Można powiedzieć, że „Ostatni Namsara” w pewnym sensie uczy i bawi – dostarcza rozrywki, ale i wskazuje to, co ważne; nie jest to tylko opowiastka o odważnej dziewczynie, która niszczy wszystko na swojej drodze i sprzeciwia się królowi. To coś więcej.

Nie zostaje mi nic innego, jak polecić Wam tę pozycję i czekać na wydanie tomu drugiego, który swoją premierę w oryginale będzie miał już jesienią tego roku!

„Ostatni Namsara” („Iskari” #1) Kristen Ciccarelli, Wydawnictwo IUVI 2018, str. 416
UDOSTĘPNIJ TEN POST
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.